-
Prawda jest dziwniejsza od fikcji; fikcja musi mieć sens.
-
Truth is stranger than fiction; fiction has to make sense. (ang.)
-
Autor: Leo Calvin Rosten
-
Wersja robocza
Tytuł: 192.168.1.256
Normalny na lotnisko w Luton
Dziewięć osiemdziesiąt. Na centralnym w Luton przesiądzie się Pan w autobus.
Tak, wiem. Dziękuję.
Nienawidzę latać. Odkąd sięgam pamięcią boję się wysokości, paniczny lęk paraliżuje moje ciało, gdy spoglądam w dół z większej wysokości. Do tego te wszystkie wypadki samolotowe nagłaśniane w mediach. Co tydzień spada jakaś maszyna i giną ludzie. Najczęściej od razu wszyscy. Dla pogłębienia mojej niechęci do awiatyki znam wszystkie dostępne na Youtube.com klipy z katastrofami lotniczymi zarejestrowanymi filmowo. Ewidentny ze mnie masochista, bo przecież latać muszę. Na nic herbatka z melisy, Valium i inne wspomagacze przetrwania. Przy każdym starcie umieram kilkakrotnie, przed lądowaniem puls 240 z regularnymi kilkusekundowymi przerwami na zawał, w międzyczasie migotanie przedsionków. Każdy lot to niezwykłe emocje. Przede wszystkim dokładnie przeglądam ogłoszenia prasowe dotyczące rozbijających się aeroplanów. Oczywiście ich ilość nie ma żadnego znaczenia merytorycznego, ale... Zawsze można przyjąć, że jeśli jest ich sporo, to limit tygodniowy już się wyczerpał i przelecę bezpiecznie. Jeśli mało, to może ten tydzień bezpieczniejszy... Tak, czy owak jest to materiał zarówno na nastawienie pesymistyczne, jak i optymistyczne. Gdyby oczywiście nie te zdjęcia rozczłonkowanych ciał... A może moja podświadomość domaga się skrajnych emocji?!
Proszę włożyć rzeczy do plastikowego pojemnika i przejść przez bramkę.
Nigdy jeszcze nie zapiszczało. Zawsze dokładnie sprawdzam, aby nie zostawić metalu na sobie. Chcę czuć się bezpieczny, więc w sumie lepiej, że tak ścisła kontrola ogranicza ilość podróżujących ekstremistów-kamikaze. Jakkolwiek i czyjejkolwiek religii i poglądów bym nie popierał wolę czynną postać ich wyrażania, a treści w formie pisanej chcę pozostawiać samodzielnie, na papierze, czy nośniku elektronicznym. Ręka artysty firmy „Styks Sp. Z o.o.” nie odda najpiękniejszą kaligrafią na najdroższym marmurze ducha przekazu tak wiernie, jak sam zainteresowany. Oczywiście przesadna dbałość o sprawność kontroli nie jest podyktowana jedynie kwestią terroryzmu. Jako roztargniony elektronik z doświadczenia też wiem, na jakiej zasadzie działają trezory, a ich bezzasadność i frekwencja użycia na lotniskach jest znana w środowiskach internautów bardzo dobrze.
Mimo, że niewiele osób się do tego jawnie przyznaje lot samolotem nie należy do przeżyć najprzyjemniejszych. Nawet osoby pozbawione fobii przestrzennych często gdyby mieli alternatywę lądową ową by wybrali. Dość dosadna wydaje się być kwestia wypowiedziana przez pozaziemską kaczkę w kultowej komedii Georga Lucasa: Jeśli Bóg chciałby, abyśmy latali nie odebrałby nam skrzydeł (cytuję z pamięci). Oderwanie się od powłoki podpierającej stopy na ośmiokilometrową zależność od prędkości poruszania się nie jest naturalna dla bezskrzydłej rasy. Jest wiele czynności uznanych za nienaturalne. Naturalne jest spożywanie potrawy, nienaturalne jej zwracanie. Naturalny jest odruch samozachowawczy, nienaturalny samobójczy. Zarówno w przykładzie pierwszym, co wiem, jak i, o czym domniemam, drugim czynności nienaturalne są nieprzyjemne.
Twarze w samolocie pozornie beztroskie, zajęte małostkami. Gdzieniegdzie jednak można bez większego trudu dostrzec niepewne łypnięcia, nerwowe bezwiedne głaskanie kosmyka włosów, czy wręcz jawne oznaki paniki, z którą muszą się zmierzyć prześliczne stewardessy. Siedzę z równie przerażonym podróżnym, dowcipkujemy o testamentach, o ekstremalnych przeciążeniach i temperaturach znanych z doświadczenia, o eksternistycznym kursie spadania. Zakładamy się naprzemiennie: ja obstawiłem katastrofę przy starcie, on przy lądowaniu. Na pełnej wysokości czujemy się bezpieczniej – zawsze jeszcze zostaje mnóstwo czasu na traumę. Przygotowania do lądowania podróżnego powinny daleko wyprzedzać samo zapięcie pasów. Osobiście rozpoczynam dietę już kilka dni przed lotem, w samym dniu lotu ani nic nie jem, ani nie piję, a i tak najlepiej poznanym miejscem lotniska zawsze jest toaleta. Lepiej zapobiegać jednak niż leczyć; lądowanie dostarcza emocji, których niekontrolowane wypróżnienie może być nieuniknioną konsekwencją. Nawet doktor Burski nie potrafi z taką intensywnością uciskać gruczołów łzowych, co zbiorowa owacja na stojąco, aplauz kilkuset dłoni ocalonych, chcących, by klask wdzięczności wniknął do wnętrza dźwiękoszczelnej kabiny bohaterów.
Mówią, że do latania można się przyzwyczaić. Pamiętam, że za pierwszym razem bałem się tylko troszkę, ciekawość była znacznie większa; z każdym następnym lotem spora ilość tej ciekawości przeradzała się w przerażenie. Obecnie ciekawość jest już na sporym kredycie. Wychodząc z samolotu pierwszym ludzkim odruchem jest rzucenie się na przywitanie lądu. Jak ja wówczas rozumiem odruch Wojtyły z czerwca '79; gdyby nie obawa kompromitacji wiłbym się po płycie i wsysał jej kurz w siebie.
Wrocław, miasto spotkań. Brudne, liche, nędzne. Międzynarodowe lotnisko połączone z miastem jedną linią autobusową kursującą z częstością stosunków płciowych małżeństwa z czterdziestoletnim stażem. Droga z lotniska do centrum zakorkowana. Na jej odcinku stoi sobie ciężarowy pojazd samochodowy z kręcącą się z tyłu beczką blokując całkowicie pas jezdni. Zmuszonymi do ominięcia go pojazdami nikt się nie przejmuje. Ruchem kieruje samo życie. Betoniarka stoi nieoznakowana, a kręcącemu się bębnowi przyglądają się ze spokojem siedzący na krawężniku i palący papierosy kierowca wraz z ekipą remontową. Takiego spokoju i opanowania mogą pozazdrościć polskim budowlańcom nawet brytyjscy urzędnicy. Mnie się nigdzie nie spieszy; i tak mam zmarnowany weekend, ale jak muszą kląć kierowcy stojący w blisko godzinnym niepotrzebnym korku...?!!!
Podróż do Polski odbywam z konieczności. Obiecałem sobie kiedyś, że do tego kraju wrócę dopiero w razie konfliktu zbrojnego w regionie: czołgiem z agresorem. Przekomarzałem się, że choć panicznie boję się latać, to gdyby RAF zaproponował nalot dywanowy stawiłbym się pierwszy. Ciężko dokładnie sprecyzować powód mojej skrajnej awersji; ta betoniarka jest jednym z nich. W każdym społeczeństwie empatia służy do zrozumienia drugiej osoby, wczucia się w jej rolę i ewentualnej pomocy. Jeśli zdolność empatycznego myślenia występuje u kierowcy betoniarki, to w celu opracowania sposobów jak największego utrudnienia życia innym kierowcom. Owa zdolność to cecha znacznej części społeczeństwa uwidoczniająca się głównie w miejscach, w których występują najjaskrawsze zależności, np: urzędnik-petent, lekarz-pacjent, policjant-przestępca. Zakorzenienie takich zachowań sięga płyty tektonicznej; o wiele sensowniej jest zmienić ową płytę niż wyrywać zakotwiczenia.
W autobusie rodeo, wyrwy w asfalcie niczym leje bombowe. Pewnie ekipa betoniarki rozważała przy papierosie do której dziury wlać zawartość... Kurczowo trzymając się poręczy w przeludnionym przegubowcu dotarłem w końcu do centrum. Wysiadając przypadkiem przesunąłem ręką przed twarzą. Intensywny aromat czyjegoś stolca obezwładnił mi nozdrza. Skoro samo złapanie poręczy tak śmierdzi, to jak musiała wyglądać podróż z kałonośnym pasażerem? A jeśli prawa ręka twoja gorszy cię, odetnij ją i odrzuć precz od siebie, albowiem pożyteczniej dla ciebie... - przemknęło mi przez myśl. Fastfoodowe restauracje mają tą zaletę, że nie ma w nich konieczności konsumpcji dla możliwości skorzystania z toalety. Choć jak się już do jakiejś wejdzie trudno wyjść z niczym...
Wizytówką Wrocławia jest rynek. Podczas prac remontowych miałem przyjemność przebywać w tym mieście. Na szeroką skalę, pod olbrzymią presją czasu w latach dziewięćdziesiątych miasto tworzyło nową twarz, głównie z powodu wizyty papieża. Z remontem zdążono. Niedokończony deptak ogrodzono i zamaskowano, fasady budynków zostały odmalowane, nowe stylowe okna i zdobienia nadały zabytkowego wizerunku. Jakże jednak zdziwieni byli bardziej dociekliwi turyści: po otworzeniu bramy budynku okazywało się, że poza fasadą nie ma nic. Niczym w scenerii z „Bonanzy” stały same ściany frontowe. Taki jest Wrocław i dziś. Zadbane ścisłe centrum i... slumsy, slumsy, slumsy. Skopiowane Rio de Janeiro z pomnikiem w Świebodzinie. Zastanawiam się którędy władze miasta wiozą gości z lotniska. Pewnie program zawiera wycieczkę śmigłowcem i widok z lotu ptaka, widok samej niewyraźnej powierzchni tego powierzchownego miasta.
Po dezynfekcji rąk i napełnieniu żołądka postanawiam pospacerować. Nikogo nie zawiadamiam o przylocie, chcę mieć chwilę dla siebie.
Wrocław znam dobrze, prowadziłem tutaj kiedyś interesy. Zmierzając do rynku znajome lokacje ożywiają wspomnienia. Cóż, pieniędzy się w tym mieście nie dorobiłem, ale zyskałem rzecz bardzo wartościową, która zaprocentowała w przyszłości – zdobyłem spore doświadczenie. Czasami kilka razy należy zaczynać od początku, ważna jest wiara, że wreszcie się uda. Mieszanina uporu i konsekwencji z domieszką wiary daje przepis na sukces. Niepowodzenia są po to, by się na nich uczyć i korygować przyszłe decyzje. Biurokratyczny system i skomplikowane prawodawstwo Polski zmusza do emigracji zarobkowej. Choć brzmi to paradoksalnie, ale jestem za to Polsce wdzięczny. Gdyby tutaj można było prowadzić biznes bez użerania się z ZUSem, USem, SRUSem bez stania godzinami po odbiór zawiadomienia w urzędzie pocztowym, które i tak zaginęło, bez „załatwiania” wszystkiego w Urzędach „prezentami”, niebosiężnymi podatkami i opłatami za każdą możliwą biurokratycznie pierdołę – dalej bym klepał biedę na tym padole wszelakich nieszczęść. Jakże prostsze wszystko jest w cywilizowanej części Europy... Ci, którzy zostali nie mają często pojęcia, nie są w stanie pojąć, że można inaczej.
Rynek wygląda uroczo. Pomimo jesiennej pory jest ciepło. Grupki zwiedzających niespiesznie krzyżują swoje trajektorie spacerowe, ogródki piwne kipią życiem, rewia mody niczym z paryskich wybiegów, w powietrzu unosi się wyraźny aromat perfum, piwa i seksu. Przewodniki turystyczne podają ilość mieszkańców w podwójnej formie: ludności stałej jest około 600 tys, natomiast grubo ponad milion podczas akademickiej sesji. Studencki charakter miasta widać na każdym kroku – wśród przechodniów brakuje osób w wieku średnim. Albo natrafiamy na studenta, albo na wolno kuśtykających niemieckich emerytów wspominających z rozrzewnieniem Festung Breslau. Popyt zrodził podaż, na każdym kroku fastfoody, galerie z modnymi ciuchami, księgarnie. Nic nie przewyższy jednak ilości pubów, dyskotek, kawiarni, lodziarni. I w każdej komplet. Bankructwo grozi jedynie lokalowi, który nie „załatwił” sobie w magistracie przedłużenia koncesji na alkohol.
Robię wolną rundkę naokoło ratusza. Przyglądam się uważnie młodzieży i z nostalgią wspominam czasy szkolnej beztroski. Wówczas sesja była taka ważna; bezlitośnie dyktowała rozkład dnia. A że się zwykle przeciągała poprawkami miała wpływ na cały niemal semestr. Lecz oprócz stresu związanego z zaliczaniem pamiętam tylko te tańce, hulanki, swawole, jakby nie miał wpływu na proces kształcenia. Patrzę na grupkę młodych ludzi siedzących przy ogródkowej ławie w towarzystwie starszego, dobrze ubranego pana. Sponsor. Polowało się na takich, gdy nie było za co wyjść na piwko. Ładna dziewczyna flirtowała, a cała grupa piła na jego koszt. I żaden nigdy nie miał pretensji przy płaceniu, oprócz zmieszanej miny i lekkiego zakłopotania. Życie.
Rynek robi wrażenie, jest jedynym miejscem które można bezpiecznie pokazać odwiedzającemu, jest ładny, stylowy, czysty i zadbany. Sielskiej atmosfery nie traci nawet we wczesnych godzinach, gdy zamykane są puby, a ekipy sprzątające niczym mrówki usuwają ślady beztroskiej zabawy dnia minionego. Często droga powrotna jest także przyjemna, zatrucie etanolem odbiera obiektywizm wizualnej percepcji; nawet pieszo wydaje się być zabawnie – śmierdzące zaułki nadają się przecież idealnie do beztroskiej mikcji. Tylko, że sprzątany we Wrocławiu jest jedynie rynek.
Zawsze, gdy tutaj jestem odwiedzam moją ulubioną księgarnię położoną na ulicy Ruskiej, Centrum Taniej Książki. Kiedyś była koniecznością, dziś jest sentymentalną świątynią, którą odwiedzić muszę. Długo, bez pośpiechu przeglądam księgozbiór, starannie wybieram te kilka książek do bagażu podręcznego, nie chcę targać nieprzydatnej makulatury. Gdy chcemy podarować wartościowy prezent osobie mającej już niemal wszystko dobrze dobrana książka stanowi doskonałe panaceum. Wartość tych trzystu gram papieru nigdy nie przekłada się na koszt druku, ponieważ nadaje ją bezpośrednio czytelnik. Dzieło sztuki, jeden widzi na obrazie rozmazane rzygowiny kota, inny zachwyca się idealnym światłocieniem i doborem barw płacąc miliony za prawo własności. Najczęściej oboje mają rację.
Przepraszam najmocniej, nigdzie nie mogę znaleźć Biblii.
Mieliśmy kilka sztuk Tysiąclecia, już sprawdzam.
Jest niesmaczne, ale bardzo szczere twierdzenie, że szukanie książki przez bibliotekarkę jest jednym z najbardziej erotycznych przeżyć mola książkowego. Aby znaleźć wolumin często trzeba się pochylić, bądź kucnąć i w skupieniu odczytywać kolejne tytuły. Niektóre księgozbiory są układane bardzo wysoko i bez pomocy drabiny nieosiągalne. Osoba, która nagle wśród wertowanych rozdziałów zajrzy wgłąb rozchylonego dekoltu doznaje paraliżu i szoku. Często kończy się to wyproszeniem z księgarni, gdy klient po zażądaniu pokazania kilkudziesięciu różnych pozycji wydawniczych na żadną się zdecydować nie potrafi.
Niestety, ale już żadnej nie ma.
Nic nie szkodzi.
Uśmiecham się szczerze. Będę wiedział o co pytać przy następnej wizycie.
W Centrum Taniej Książki jest masa literackich perełek kosztujących ułamek wartości początkowej. Zwykle jednak konkretnej książki, która jest nam właśnie potrzebna nie ma. Księgarnie w centrum miasta nie są w stanie zaoferować tego, co ten kiermasz – spokoju przy wyborze. Wchodzę do wyładowanej bestsellerami hali, klientów nie widać. Od progu rzucają się na mnie od razu trzy sprzedawczynie i wciągają w głąb, bym przypadkiem nie zdążył uciec spostrzegłszy ceny. Obsługa doskonała. Wymieniam tytuły, które mnie interesują: dwie panie od razu ruszyły po książki, trzecia mnie zagadując pilnuje. W kilka sekund mam wszystko. Całe szczęście, bo pobyt tu jest dla mnie mocno krępujący. Cieszę się niczym ze sprawnego zabiegu chirurgicznego – szybko sprawnie załatwione, mogę już wyjść. Paragon wyrzucam bez patrzenia, po powrocie sprawdzę wyciąg, nie chcę sobie psuć weekendu jeszcze bardziej.
Chętnie bym jeszcze się powłóczył po okolicy, ale zakupy ciążą. Jak zwykle przesadziłem, muszę się ujawnić. Dzwonię, że już jestem we Wrocławiu, w drodze do hotelu. Dostaję ostrą reprymendę za hotel, mam się stawić natychmiast u państwa Schabów, przygotowali mi pokój, czekają na mnie od rana. Hotel to ściema grzecznościowa i tak nie daliby mi tam nocować, dawno się nie widzieliśmy, sporo do obgadania.
Dziesięć kilogramów książek, dziesięć mil w nogach, biorę taksówkę. Znajomi dowcipkują na temat mojego sknerstwa. Przyjąłem jednak pewną zasadę życiową – jeśli nie wydajesz, to nie musisz zarabiać. A że jestem z natury bardzo leniwy mam odpowiednią motywację do purytanizmu. Nie jest sztuką nabrać kredytów i tyrać na dwóch etatach, by je spłacić, czy rwać włosy z głowy, gdy sprzedaż się łamie. Sztuką jest mieć gotówkę na nowego merca i go nie kupić, jeżdżąc nadal rozklekotaną Syrenką. Pokusa konsumpcji czai się na każdym kroku, sztuką jest się nie dać. Oczywiście, gospodarka opierająca się na konsumentach mojego pokroju nie miałaby szans, sam zarabiam dzięki przerośniętej konsumpcji innych, i to nie najgorzej. Może dlatego dostrzegam paradoksy. Iksiński kupuje telewizor sześćdziesięciocalowy LCD 3D ze strefowym podświetlaniem LED za tysiące nominałów płatniczych. Na dwuletnie raty oczywiście, bo szmalu nie ma. Po sześciu miesiącach cena telewizora spada znacząco, ale Sknerusiński dalej zwleka odkładając miesięczną kwotę raty Iksińskiego na rachunku oszczędnościowym. Po dziewięciu miesiącach udaje się mu kupić za uzbieraną sumę ten sam telewizor, za który Iksiński jeszcze się tyle napoci.
W Polsce należy bardzo uważać, do jakiego pojazdu się wsiada. Archiwa internetowych artykułów są pełne opisów nielegalnych, czy nieuczciwych praktyk przewoźników. Diabeł często tkwi w szczegółach. Czytałem o przewoźnikach, którzy emblematami oklejającymi samochód jedynie reklamują sieć taksówkarską, natomiast ich jednoosobowa firma w statucie ma przewóz osób prominentnych i związaną z tym rodzajem usług ceną, np. 200 zł za każdy kilometr. Cennik owszem i jest – malutka naklejka na szybie, wygląda jednak niechlujnie a oba zera oddalone są od dwójki bardziej sugerując brak kropki niż abstrakcyjną cenę. Wszystko to zgodnie z obowiązującym podobno prawem. Na wyegzekwowanie opłaty też mają opracowane metody...
W Polsce na wszystko trzeba uważać. Zanim tutaj przyleciałem przygotowałem się dokładnie. Sprawdziłem kilka największych korporacji taksówkarskich, przejrzałem fora z opiniami, oficjalne cenniki. Z szeregu oczekujących na postoju wybieram nieprzypadkową. Uczciwy kierowca protestuje – proszę wsiąść do pierwszej, obowiązuje nas kolejność.
Z tej korporacji jest Pan pierwszy, a ja inną nie jeżdżę. Jak więc rozwiązać nasz problem? - pytam buńczucznie.
Dokąd?
Zaporowska. ...Przy rondzie. - precyzuję.
Z reprezentacyjnego kolorowego rynku otoczenie zmienia się w smutne, szare, brudne. Poruszamy się wolno za ciągnącym ulicą Krupniczą swój wyładowany skarbami wózek zbieraczem złomu. Spod mocno sfatygowanej marynarki w angielskim stylu Doctora Who z Mattem Smithem wystają postrzępione resztki ortalionowej kurtki puchowej, zaplamione spodnie dresowe znikają w okutych stalą bezpiecznych buciorach bez sznurowadeł. Spomiędzy zmierzwionej jak wata cukrowa brudnosiwej czupryny i zarostem twarzy z wyraźnym brązowym cieniem przy ustach spozierają zmęczone oczy. Recycler nie wzbudza żadnego zainteresowania. Mijając go zauważam dwa kundle, które niczym na pokazie tresury koni dumnie kroczą przy boku swojego pana kompletnie ignorując otoczenie.
Zbieranie złomu się tak opłaca? - zagaduję kierowcę.
A z czego ma żyć, przecież nikt za darmo mu nic nie da. Mam nadzieję, że nie będę miał takiej starości – dodał uśmiechając się.
Przecież ma jakąś emeryturę..
Niekoniecznie. Nawet zresztą jeśli jakąś ma, to mundurowym raczej nie był... Bez zbieractwa nie przeżyje.
Niebezpieczna profesja, proszę Pana – ciągnął po chwili. - Wielu z nich ginie wyciągając stalowe elementy konstrukcyjne z budynków przeznaczonych do rozbiórki. Tydzień temu zawalił się dach, trzech zginęło. Czy wie Pan, że Polska wytwarza więcej produktów z metali, niż wydobywa surowca i go sprowadza? Na dodatek jeszcze sporo eksportuje. Cud Tuska – zaśmiał się pod nosem.
Mijając plac Legionów spojrzałem na „Lotos”. Znałem ten budynek od środka. Na czternastu piętrach nie licząc przeznaczonego na sklepy parteru zmieszczono blisko trzysta mieszkań. Stojący na zewnątrz nieobeznany obserwator nie uwierzyłby nigdy, gdyż smukły wieżowiec nie wygląda na okazały. I nie musi. Mieszkania wyglądają futurystycznie, można wywnioskować, że zainspirowały Luca Bessona do nakręcenia „Piątego elementu”. Komunistyczny architekt antycypował dzisiejszą miniaturyzację i stworzył futurystyczny monolit. Futurystyczna była jednak jedynie koncepcja, mesjanizmem idei, bo blok wygląda z pozoru, jak każdy inny. Jego cechą charakterystyczną jest maksymalizacja zagospodarowania przestrzennego. Mieszkania tutaj mają około piętnastu metrów kwadratowych. Zawiera się w nich mała kuchnia, malutki przedpokój, łazienka z muszlą klozetową, umywalką i wanną oraz olbrzymi pokój dzienny, oczywiście w porównaniu z pozostałymi pomieszczeniami. I choć przykład Bruce Willisa typuje przeznaczenie owej hybrydy dla jednej osoby to w praktyce w „Lotosie” żyją całe wieloosobowe, wielopokoleniowe rodziny. Na kilku metrach kwadratowych podłogi wieczorem rozstawiane są zmyślne legowiska mieszczące nawet do siedmiu osób, rano rama łóżka zamienia się w śniadaniowy stół, a z ułożonych na siebie materacy miękkie siedzisko. Prysznic, który wymienia się na lodówkę? Cóż za partactwo!!! Nie dość, że mamy wannę, to z lodówką jednocześnie!!!
Zaporowska nie różni się zupełnie od tej, którą zapamiętałem od ostatniego pobytu. Podobnie zapewne powiedziałby i Otto von Bismarck, tyle, że ze smutkiem widząc stopień dewastacji. Stara ulica jest na czele Listy Światowego Dziedzictwa UNESCO. Nawet jednak jeśli nie jest, to wszyscy tak myślą, szczególnie ekipy remontowe i decyzja o modernizacji została odłożona na następne dwieście, trzysta lat. Gdy stanie się już całkowicie nieprzejezdna powstanie deptak.
Dziękuję kierowcy za kurs, daję spory napiwek do zażądanej ceny przejazdu. Uśmiecham się do siebie zadowolony. Coraz trudniej o ludzi uczciwych, miłe jest spotkać kolejną perełkę.
Przed wejściem do galeriowca zahaczam o delikatesy szukając typowo brytyjskiego produktu. Troszkę głupio, że wcześniej nie pomyślałem o upominku. Przeglądam regały w poszukiwaniu jakiegoś charakterystycznego przedmiotu, ale nic znaleźć nie mogę. Nawet jeśli na czekoladkach są angielskie napisy, to obok polskich. Czas mija a ja dalej bez prezentu. W końcu wypatruję paczkę, na której polską etykietę naklejono na zabezpieczającą folię pudełko. Herbata indyjska opisana w języku angielskim. Dla kogoś, kto nie był na Wyspach herbata jest nierozerwanym symbolem egzystencji „fajfokloka”. Tymczasem ja, zatwardzały kawosz piję jej więcej od typowego Angola. Zresztą, jeśli by przeprowadzić sondę najpopularniejszym napojem wszystkich hrabstw będzie „ruda”, w każdej postaci i pod każdą marką. Alkoholizm jest obecnie największym problemem dawnego mocarstwa.
Etykieta odchodzi bez śladu. W domofonie odzywa się pani Halina.
Tak, Dawidku, proszę wejdź. Stasiu po ciebie wyjdzie. Czwarte piętro.
Dziękuję, nie trzeba. Trafię bez problemu.
Państwo Schab oboje są już na emeryturze. Wiek emerytalny osiągnęli jakiś czas temu, teraz wreszcie mogą cieszyć się pełnią jesieni życia. Niezwykle pracowici, oszczędni i sumienni całe życie się dorabiali, inwestowali, prowadzili interesy, kupowali nieruchomości, ciągle się coś kręciło. Małą łyżeczką byleby stale, brzmiała dewiza. Starali się nie ryzykować, z poświęceniem odkładane pieniądze lokowali w obligacje i nieruchomości. Mieszkania wynajmowali, profity inwestowali w następne jednocześnie żyjąc skromnie. Aby Zosi było łatwiej, niż nam, mówili.
Zosia jest ich jedynaczką i powodem mojej wizyty. Nigdy nie pytałem dlaczego nie chcieli mieć więcej dzieci. Może nie chcieli, może nie mogli. Bardziej nie mogli sądząc jaką miłością obdarzyli potomka. Była ich oczkiem w głowie, celem istnienia, sensem świata. Każda zarobiona złotówka cieszyła nie swoją wartością, co przeznaczeniem. Choć skąpili na siebie Zosia zawsze miała wszystko, peweksowskie zabawki, znała prawdziwy smak coca-coli i bananów, częstowała prawdziwymi gumami do żucia. Mimo odmiennej sytuacji materialnej nie wyalienowała się, zawsze była uśmiechnięta, sympatyczna, towarzyska. Jej promienny uśmiech nadawał sensu istnienia nie tylko jej rodzicom. Choć to chyba głównie moje spostrzeżenie.
Minęło sporo lat od mojego ostatniego spotkania ze Schabami. Wiem, że do dnia dzisiejszego czynnie pomnażają zasoby, choć już nie z taką intensywnością jak za młodu. Majątek, który zebrali to mała fortuna, szczególnie w polskich realiach. Wynajmują kilkanaście mieszkań we Wrocławiu, mają kilka domów poza miastem, lokal handlowy, w którym prowadzona jest masarnia, buda na targowisku. O zdecydowanej większości zapewne nie wiem. Mieszkanie, w którym się spotykamy miało do niedawna także swoich lokatorów. Dostali wypowiedzenie w związku z zaistniałym kryzysem. Państwo Schab nie lubią miasta, wybudowali domek swoich marzeń na wsi, w którym zamierzają spokojnie doczekać finału. Całe życie konsekwentnie dążyli do celu; niemal się udało.
Jak dobrze Cię widzieć – rzuciła się na mnie pani Halinka – Bardzo dziękuję, że przyleciałeś. To taka dla nas tragedia...
Starsza pani nie potrafiła powstrzymać emocji, wpiła się we mnie, kompletnie skrępowała ramionami. Łzy toczyły się po jej policzkach strugą, łkając nie potrafiła już wydobyć żadnego słowa. Podniosłem wolną rękę przyciskając siwą głowę do mojej piersi. Czułem się jednak niezręcznie, co zauważył pan Staszek.
Uspokój się kochanie, gościa nam przestraszysz – zażartował. - Nie chcemy by uciekł przecież – mrugnął do niej czule delikatnie podnosząc ręce i mnie oswobadzając.
Przepraszam cię Dawidku, taka tragedia nas spotkała, tak mi teraz ciężko się z tym, pogodzić... - szlochając oparła się o męża.
Mieszkanie, w którym się znalazłem niczym nie odbiegało od standardów europejskich, miało dużą kuchnię, łazienkę, osobną toaletę, przestronny salon z wyjściem na spory balkon oraz trzy sypialnie. Państwa zachodniej Europy w takich lokalach kwaterują ubogie rodziny, których nie stać na własny kąt, tutaj to rarytas dostępny nielicznym. Oczywiście mało którą rodzinę stać byłoby wynajmować po cenach rynkowych taki pałac, klientami Schabów były więc zakłady pracy kwaterujący tutaj delegowanych pracowników. Zwykle po dwóch w pokoju, by zaoszczędzić.
Jak podróż? - zagaił pan Stanisław przejmując inicjatywę.
Bez przygód, na szczęście.
Czego się napijesz? Kawy, herbaty?
Kawkę poproszę. Po turecku, jeśli to nie problem – dodaję.
To ja szybko zaparzę – oferuje się pani Halinka. - A dla ciebie Stasiu zielona?
Domyślam się, że herbata – przerywam. - To może chcecie się państwo poczuć przez chwilę jak rodzina królewska? Kolega zdobył to niemal bezpośrednio z kuchni królowej Elżbiety. Zanim został złapany zdążył dostarczyć mi paczkę. To podobno jej ulubiony gatunek - kłamię podając opakowanie lichej indyjskiej herbaty. - Przywiozłem specjalnie dla was, bo za herbatą nie przepadam.
Dziękuję, miło, że o nas pamiętałeś – uśmiecha się pani Halina.
No cóż, odkąd wsiadłem do taksówki i podałem kierunek - nie zapomniałem. Bo i olśnienie było drastyczne. Pani Halina chowa prezent tłumacząc, że na czarną herbatę jest już dla nich zbyt późno.
Ludzie są dziwnym gatunkiem ssaka. Raczej trudno uwierzyć w moją historyjkę i nie trzeba używać wymyślnych tortur, bym przyparty do muru jej się wyparł, a jednak nikt się nie gniewa, ba, naiwne kłamstewko wydaje się topić serca gospodarzy, w których oczach coraz wyraźniej maluje się sympatia do mnie i zaufanie. Mam tylko cichą nadzieję, że z degustacją zaczekają do mojego wyjazdu.
Po rytuałach powitalnych siadamy w pokoju dziennym przy podłużnej ławie, ja w głębokim wygodnym fotelu, Schabowie na sofie naprzeciwko. Cały apartament wygląda na niezamieszkały. Na niewielu surowych meblach brak jakichkolwiek przedmiotów. Oprócz starego popielatego fotela, bladopomarańczowej sofy i ławy stoi na wytartym parkiecie pusty srebrny stolik pod telewizor oraz brązowa metrowej wysokości drewniana gablota z przesuwanymi szybami zakrywającymi puste pułki, gołe ściany pomalowane jasnobłękitną emulsją wzmacniają akustykę naszej rozmowy niemal metalicznym pogłosem. Zaserwowaną kawę można przyrównać do smaku, z którym został urządzony ten pokój. Brudne z ziemi zgniłe ziemniaki spalono w ognisku, susz zmielono w drobny proszek, który rozsypany po podłodze zebrano brudnym mopem wyciskając do szklanki przede mną stojącej. Dosładzam kolejne dwie łyżeczki mając nadzieję, że koncentracja słodyczy zniweluje wszelkie inne walory smakowe. Choć niezmiernie mnie interesuje logo z opakowania aby nie prowokować trudnych pytań nie zagaduję o gatunek surowca użytego do produkcji roztworu. Poszperam w kuchni później, myślę sobie, lepiej wiedzieć czego unikać.
To dla nas taka tragedia – pani Halinka znów zaczyna pochlipywać. - To wszystko na nas spadło tak nagle. Codziennie chodzę do kościoła i modlę się za Halinkę. Łzy leję w modlitewnik. Dlaczego nas to spotkało, pytam, taka tragedia.
Pan Stanisław wyciąga ramię i przytula płaczącą żonę do siebie.
Nie mieliśmy bladego pojęcia, że coś jest nie tak – przejął inicjatywę.- Wydawała się normalna, do końca pracowała w wydawnictwie. Nikt zresztą nic nie zauważył. Kompletnie nas zaskoczyła. Co weekend przyjeżdżała do nas na wieś, chodziła z Szarikiem do lasu, zbierała grzyby. Niby taka szczęśliwa... Żadnych symptomów.
Zosia mieszkała na Inowrocławskiej w kawalerce – ciągnął widząc, że nie rozumiem.- Sama zresztą sobie wybrała to mieszkanie. Chciała samodzielnie płacić rachunki, żyć z tego, co zarobi, odrzucała naszą pomoc. A co zarobi korektorka w wydawnictwie? Dwóch tysięcy nie miała.
To i tak lepiej niż w szkole - wtrąciła się pani Halina. - Nauczała historii w liceum za 1200 na pełnym etacie. Dobrze, że ją wywalili.
Jak to wywalili? - pytam zaciekawiony.
Twierdziła, że dyrektor się do niej dobierał, - ciągnął pan Staszek - gbur ciągle ją molestował.
Prosiła go i ostrzegała, lecz odrzucenie tylko podsycało chuć. Niezręczną sytuację zgłosiła na wpół oficjalnie do Kuratorium Oświaty z prośbą o delikatną pomoc. Sprawie ukręcono łeb niemal natychmiastowo – została zwolniona, z nieoficjalnym wilczym biletem. Mocno to przeżyła, kochała uczyć, od dziecka marzyła o katedrze. Strasznie nas to zabolało – dodał.
Tak, pamiętam. Zawsze miała popęd do nauki i nauczania. Brylowała wiedzą, na zajęcia przychodziła przygotowana z wyprzedzeniem, znała plan nauczania i przerabiała w domu lekcje, które dopiero miały nastąpić. Nie trudno domyślić się poziomu konsternacji rówieśników z podwórka, gdy w czasie wolnym po szkole musieli bawić się w ...szkołę. Jej zamiłowanie do nauczania choć zabawne było też bardzo pomocne, z czego chore ciało pedagogiczne nagminnie korzystało pozwalając poprowadzić wykład. Nie potrafiła oczywiście wzbudzić respektu takiego jak prawdziwy belfer, była jednak na tyle lubiana, że nie chcąc sprawić jej przykrości i kłopotów cała klasa zachowywała się w miarę poprawnie nie wymuszając ingerencji kadry zawodowej. Chęć zostania nauczycielem skierowała ją na Wydział Historyczny Uniwersytetu Jagiellońskiego, wyjazd do Krakowa spowodował wówczas rozejście się naszych ścieżek życiowych
Nie chcieliśmy, żeby pracowała u obcych. Prowadziliśmy wówczas drogerię, dała się namówić na poprowadzenie drugiej, otworzyliśmy sklep ekstra dla niej.
Nie wytrzymała tam zbyt długo. Mało ambitna praca wymagająca poświęcenia mnóstwa czasu na oczekiwanie klienta i rozmowy z nim o niczym nie wciągnęła Zosi. Wykorzystała przerwę chorobową na znalezienie nowej i do swojej drogerii już nie wróciła. Punkt nie był bardzo dochodowy a nowy niedopilnowany pracownik za dużo „przytulał”. Nie było sensu czekać na powrót córki marnotrawnej i Schabowie sklep zamknęli. Posunięcie okazało się trafne, bo Zosia na znalezionej posadzie korektora pracuje do dziś. Pracowała... - poprawił się pan Staszek
Jeszcze dwa tygodnie temu z nią grillowaliśmy przed domem, jak przyjechała na weekend. Zobacz ja się uśmiecha – pani Halinka podaje mi swój telefon komórkowy.
Tydzień temu nie przyjechała o zwykłej porze – kontynuuje pan Staszek. - Komórki nie odbierała, zaczęliśmy się martwić. Dopiero późnym wieczorem udało się nam skontaktować z jej kolegą z pracy. Nikt nas nie raczył powiadomić. - stwierdził z wyrzutem.
Zofię Schab znaleziono w toalecie wydawnictwa w piątek rano. Miała zostać dłużej w związku z opóźnioną publikacją nowego przekładu książki Friedricha Nietzschego, do której pozwolono jej napisać słowo wstępne opisujące tło historyczne epoki. Gros pracy edytorskiej można by wykonać w zaciszu domowym do wydawnictwa przesyłając jedynie jej efekty, sposobność wykorzystywania pracownika do celów nie związanych bezpośrednio z charakterem jego zatrudnienia nie pozwala jednak na eksternistyczne zarobkowanie i zmuszany jest do fizycznego uczestnictwa w życiu firmy odbierając telefony od głodnych sławy wierszokletów, tudzież parząc kawę szefostwu. Nic więc dziwnego, że twórczość wymagająca skupienia i spokoju przesuwana jest na godziny, w których życie biurowe obumiera.
Odkąd Zosię wydalono ze szkoły stała się mniej ufna, zaczęła rezygnować z towarzystwa przyjaciół rzucając się w wir pracy. Dotychczas garnąca się do ludzi historyczka alienowała się do świata redagowanych książek. Nie znalazła partnera, nie założyła rodziny, kontakt z przyjaciółmi stał się nieregularny, coraz bardziej zanikał. Przy spotkaniach na wsi poza jej ekosystemem zapatrzeni i zakochani w niej rodzice drobnych zmian nie mogli zauważyć; przy nich odzyskiwała wigor i chęć do życia, co weekend ładowała akumulatory ich miłością, by mieć energię na cały tydzień.
Leżała skulona na zimnych kaflach pod umywalką – relacjonuje pan Stanisław. - Z ust toczyła się piana, niewidzące oczy były wpatrzone w punkt poza pomieszczeniem, zaciśniętych pięści na klapach żakietu nie mógł rozewrzeć nawet sanitariusz z wezwanego pogotowia ratunkowego by zmierzyć puls, wglądała przerażająco. Zabrano ją do szpitala. Przez pierwsze cztery dni nie mieliśmy możliwości się z nią spotkać, nie dopuszczono nas pomimo, że jesteśmy rodzicami. Ordynator zaparł się tłumacząc, że to dla naszego dobra. Dopiero w środę się zgodził, zaczęła kontaktować. Pierwsze o co poprosiła, to żebyśmy cię odnaleźli, bo koniecznie chce się z tobą widzieć. Nawet nie wiesz jaką radość nam sprawiłeś swoim szybkim przybyciem. Zosia będzie szczęśliwa, gdy cię ujrzy jutro.
Zdecydowanie wolałbym się z nią spotkać w innych okolicznościach. W poniedziałek rano muszę jednak wracać, jak nie przypilnuję osobiście rozładunku to mnie puszczą z torbami. Akurat finalizuję spore zamówienie i mam natłok zajęć. Za dwa tygodnie powinna się jednak sytuacja w firmie rozluźnić, może nawet zrobię sobie urlop. Ostatnio troszkę przesadziłem z pracoholizmem, przerwa się należy, zarobiłem na wakacje – uśmiecham się pod nosem.
Rozumiemy. My też całe życie za pieniądzem goniliśmy.
Kapitalizm, taki nasz los – kwituję. - My sobie jeszcze jakoś radzimy, a ilu osobom się nie udaje? Często gonią za mamoną, natyrają się jak zwierzęta, natworzą dzieł niczym van Gogh i zdychają z głodu.
Czasami widzę, że nie opłaca się ten wyścig szczurów. W okresach prosperity nad moją głową zawsze zbierała się się chmura sępów; będąc w posiadaniu czegoś wartościowego, pieniądza, stawałem się ruchomym celem dla wszystkich złaknionych szybkiego zarobku wyłudzaczy, oszustów i złodziei. Szczególnie w Polsce. Robin Hood został wyidealizowanym bohaterem narodowym Anglii, niedościgłą ikoną walki ze złym systemem; zapisano jego historię na wielu kartach wielu książek, nakręcono setki filmów, ba, nadano jego imię lotnisku pod Doncaster, jest jeden jedyny. W Polsce Janosik nie tylko jest symbolem zamierzchłej epoki, w Polsce stał się żywym wzorcem, postacią, w którą każdy się wciela, ideałem do którego należy się upodobnić. Jednak wbrew legendzie prawdziwy Juraj Jánošík grabił głównie z myślą o sobie i swoich ludziach, obdarowując okazjonalnie np. dziewczęta z okolicznych wsi różnymi zrabowanymi drobiazgami. Mimo więc przekręconego podania o heroizmie ta przyjęta przez rodaków postawa odpowiada historii prawdziwej. Policjant łupi kierowcę, kierowca szefa, szef łupi PIT, budżetówka łupi policjanta, głębszego sensu brak. Z wisielczym humorem nadano nazwę „Janosik” programowi wymaganemu do elektronicznego przekazu rozliczeń płatników składek obowiązkowych z ZUS-em. Sądząc z braku reakcji pracownicy instytucji nie zauważyli sarkazmu inteligentnego informatyka. Gdyby byli w stanie ją zrozumieć otwarty rynek pracy pozwoliłby pracować gdzie indziej... Kraj grabiących się wzajemnie brutalnych i bezwzględnych Janosików.
- na nic to bylo itd
W pewnym sensie rozumiem głębie dramatu Schwabów. Są już oboje po siedemdziesiątce, mają tylko jednego potomka i poza nim brak jakiejkolwiek innej bliższej rodziny. Z dalszą zajęci zarobkowaniem nie utrzymywali kontaktów od dziesięcioleci. Co dalej z plonem ich życia? Sypie się wszystko. Teraz majątek jest już tylko problemem, padł na nich strach, że umierać będą ze świadomością zmarnowanego życia; to, co ich napędzało, co dawało im siłę i motywację, czego zdobywanie tak cieszyło
w szpitalu
Nie taką Zosię pamiętam, nie taką...Pamiętam anioła, na widok którego motyle w żołądku wścieklicy dostawały, pamiętam ten śliczny nosek zadarty nieco ku górze, którego zawsze schrupać marzyłem. I pamiętam małe uszka z blond włosów lekko wystające, które zawsze tak gryźć i ssać chciałem. Pamiętam jaj małe śliczne stopy tak wdzięcznie i lekko kroczące, drobne dłonie tak delikatne, że drżałem o nie nawet gdy tylko głaskały, długą łabędzią szyję, którą tak całować chciałem pozwalającą cudne oblicze dumnie prężyć, usta, które anielską mimiką hipnotyzowały nie pozwalając wypowiadanego słowa zrozumieć. Moja Julia.
Od pierwszego spotkania ją pokochałem. Jej widok sparaliżował mnie, nie potrafiłem sobie przypomnieć jak mam na imię, gdy zapytała. Eeeee..hmmmm..eeee...hmmmm wybełkotałem tylko. Czego to ja nie robiłem później, żeby mnie zauważyła, żeby zdobyć jej serce. Stałem wieczorami pod oknem, by choć cień ujrzeć, dobranoc przy gaszonym świetle szepnąć. Po latach się wreszcie udało, zostaliśmy parą. Nie na długo jednak. Po maturze wyjechała do Krakowa. Załamany zostałem po wakacjach w Niemczech, gdzie dorabiałem. Immatrykulowałem się na Ludwig-Maximilians w Monachium i ku mojemu kompletnemu zaskoczeniu zdałem egzamin językowy. Nasze drogi rozeszły się na dobre.
Prawda jest dziwniejsza od fikcji; fikcja musi mieć sens.
Truth is stranger than fiction; fiction has to make sense. (ang.)
Autor: Leo Calvin Rosten